Żegnaj żółta, ceglana drogo

Bywają takie płyty. Owszem. Lecz podobnie jak z prawdziwymi geniuszami wśród ludzi, zdarza się to niezmiernie rzadko. Takie płyty, gdzie praktycznie każdy utwór to hit.
A czy coś jest hitem czy nie, niektórzy wiedzą przecież od razu. Wystarczy, że posłuchają raz. Piję tutaj do znowu do postaci z Rodziny Soprano. Niejakiego Hesha Rabkina, nie do końca uczciwego właściciela wytwórni płytowej, który zbił sporą fortunę przypisując sobie współautorstwo wydawanych piosenek. W każdym razie Hesh to stary wyga i zna się na rzeczy. Odsłucha taśmę demo i już wie czy piosenka ma potencjał na hit. 
Jestem przekonany, że gdyby fikcyjny Hesh miał okazję posłuchać tej płyty, bez wątpienia powiedziałby, że to absolutny hit.

To był wstęp, prolog. Jak zwykle przydługa dygresja. Lecz moim zdaniem potrzebna, bo nakreślająca kontekst. Ok, ale do celu, do brzegu.

Chodzi o krążek Goodbye Yellow Brick Road” Eltona Johna z 1973 roku.

Z czym przeciętnemu człowiekowi słuchającemu muzyki kojarzy się sir Elton John?
Takiemu w moim wieku pewnie z wielkim hitem i jednocześnie świetnym teledyskiem „I’m Still Standing”, swego czasu dosyć często puszczanym przez Krzysztofa Szewczyka w „Wideotece”. No ale to było w latach 80-tych ubiegłego wieku. Znacznie młodszym być może z “Can You Feel the Love Tonight”
 z anonimowanego Króla Lwa. Kto nie płakał na Królu Lwie, ręka w górę! Fanom księżnej Diany na pewno z „Candle in the Wind”, nagranym ponownie tuż po jej tragicznej śmierci (bo to piosenka dużo starsza, dedykowana pierwotnie Marylin Monroe).
I właśnie tę piękną piosenkę i 16 innych znajdziecie na omawianej płycie. Tak dużo, ponieważ krążek trwa aż 76 minut. Ale nie bójcie się. Nie będziecie się nudzić.
Ten czas to prawdziwa uczta, pełna wspaniałych kompozycji, doskonałej produkcji, świetnych chórków i wokaliz, bardzo bogatego instrumentarium (wibrafon, banjo, kastaniety!). Ale i tak główną rolę gra tutaj głos i fortepian Eltona. No, a on grać i śpiewać potrafi, jak mało kto. Całość spinają oczywiście teksty Berniego Taupina, wieloletniego tekściarza i przyjaciela Eltona. Ich myślą przewodnią jest nostalgia za dzieciństwem i młodością. Natomiast tytuł płyty odnosi się do Czarnoksiężnika z Oz. Tam właśnie Dorotka i przyjaciele wędrowali żółtą, ceglaną drogą szukając czarodzieja.

A muzycznie, gatunkowo co tutaj mamy?  Pop, blues, rock’n’roll, rock, glam rock, country, reggae, soul i R&B. Wszystko to i jeszcze więcej cudnie wymieszane i podane jako pyszny koktajl. Będzie więc nastrojowo, intymnie, smutno i nostalgicznie. Ale już za chwilę będziecie tupali nóżką do rytmu, a za kolejną chcieli tańczyć na środku pokoju. I tak na zmianę kilka razy. W końcu dobrego koktajlu nie pije się pół kieliszka, prawda?
Ależ tu wszystko pięknie buja, niczym w swingowym big bandzie. Nie ma się co dziwić, bo sekcja rytmiczna jest bardzo zacna – na garach, to znaczy na perkusji gra Nigel Olsson (facet, który bębnił u B.B. Kinga i Roda Stewarta), na basie Dee Murray (ten z kolei w Procol Harum i u Alice’a Coopera).
Podobno całość została nagrana w dwa tygodnie! Z resztą Elton sam po wydaniu płyty powiedział: „Nigdy nie przestaje mnie dziwić, jak szybko potrafię pisać muzykę. Widzisz, jeśli jestem w rytmie, wszystkie piosenki powstają pod wpływem chwili”.  

Być może Wy znajdziecie kilka chwil, by cieszyć się świetną muzyką… Polecam ten fantastyczny krążek.

Dodaj komentarz