Jak to się robi?

Jak to się robi? W 1974 roku, w filmie Andrzeja Kondratiuka, o takim tytule zastanawiali się Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach. Oczywiście nie myśleli jak odnowić starą ramę, ale tytuł pasuje, a i film cudowny i ważny dla moich młodzieńczych lat. 
A więc, jak dać drugie życie starej ramie?  Zapraszam na wpis instruktażowy.

 

 

Podstawowa sprawa to dokładne obejrzenie starej ramy, sprawdzenie w jakim jest stanie. Jeśli ma zaburzoną konstrukcję, czyli ramiona ruszają się, chyboczą – musimy ją naprawić. Najczęściej wymaga to rozebrania jej na części i ponownego sklejenia. W tym wpisie nie będę się na tym skupiał, bo akurat ta rama, którą się zajmowałem miała nienaruszoną konstrukcję. 
Następnie powinniśmy przyjrzeć się ramie pod kątem ewentualnych ubytków, które musimy dorobić lub uzupełnić. Chodzi o znaczące ubytki w drewnie, masie klejowo-kredowej lub gipsowej, z których najczęściej wykonane są zdobienia. W omawianym przypadku znowu nie było tego problemu, ponieważ rama miała profil wyłącznie drewniany i w dobrym stanie. Była jedynie brudna i zakurzona. Zacząłem więc od odkurzenia i umycia drewna delikatnie wilgotną szmatką.

 

 

Następnie zająłem się plecami czyli tyłem ramy, na których znalazłem przybite gwoździami listewki, służące do osadzenia w nich blejtramu z obrazem. Listewki postanowiłem zachować – może ktoś z Was, przyszłych posiadaczy będzie chciał włożyć w nie swój obraz? Przeszlifowałem je tylko porządnie gruboziarnistym papierem ściernym, wyjąłem stare i pogięte, zbędne gwoździe. Wyrównałem powierzchnię nakładając szpachlę do drewna. Na drugi dzień ponownie przeszlifowałem papierem ściernym i odpyliłem.

 

Przyszedł czas na kolor!
Chciałem aby rama była niebieskawa, srebrzona i oczywiście w ulubionym przeze mnie stylu vintage. Czyli postarzona, stylizowana na starszą, niż jest. 
Tym razem postanowiłem posłużyć się farbami renowacyjnymi firmy GoodHome, dostępnymi w takim, dużym markecie budowlanym na literkę C 😉
Miałem trzy odcienie niebieskiego. Zacząłem od najciemniejszego, którym pomalowałem najgłębsze płaszczyzny ramy. Jaśniejszym i jeszcze jaśniejszym odcieniem wyżej położone miejsca. Dlaczego w ten sposób? By nadać jeszcze większej głębi, i tak już dość głębokiemu profilowi ramy. To taka stara sztuczka optyczna. 

 

 

Po wyschnięciu, nałożyłem kolejne warstwy farby, celowo niezbyt starannie. To przyda nam się później. Jak widzicie, boki ramy zostawiłem niemalowane.

 

 

Mogłem zacząć posrebrzanie. Od lat jestem wierny produktom Liberon’a i tym razem też użyłem ich patyny w kolorze “Czyste srebro”. Patyna jest na bazie wosku, więc świetnie nadaje się do późniejszego woskowania. Można ją nakładać szmatką lub pędzlem. Ja mam do tego celu kilka starych, zmęczonych pędzli. Spisują się świetnie. Znów malowałem “niedokładnie”. Miejscami nakładałem mniej patyny, miejscami więcej. Fajnie, że w tej technice nie trzeba się zupełnie przejmować starannością. Im mniej staranniej, tym lepiej 😉
Zostawiłem ramy w spokoju – patyna powinna schnąć przez kilka godzin.

 

 

Teraz przyszedł czas na najlepszą zabawę – niszczenie. Wcześniej coś tworzyliśmy, ale teraz musimy to zepsuć. A może tworzymy coś nowego poprzez niszczenie… zostawmy to lepiej 😉
Po prostu chodzi o to, by przez umiejętne psucie naszej wcześniejszej pracy, uzyskać efekt starej, nadszarpniętej czasem ramy. Czyli vintage. Możemy uzyskać taki wygląd na wiele sposobów, chociaż najprostsze są jak zwykle najlepsze. Dlatego wziąłem do ręki papier ścierny o grubości 60. Zacząłem szlifować ramę, mocniej dociskając w miejscach najbardziej wystających oraz na rogach, ponieważ właśnie te miejsca w rzeczywistości są najbardziej podatne na ludzki dotyk i co za tym idzie – otarcia. Dodatkowo, by jeszcze spotęgować efekt, w niektórych miejscach zdzierałem patynę i farbę do samego drewna. Do tego używam zwykle starego, tępego noża, ale może to być metalowa szpachelka lub cokolwiek innego.

 

 

Tak przygotowaną ramę trzeba zawoskować. Po co? Wosk zabezpiecza powierzchnię (po wypolerowaniu utwardza się), podkreśla usłojenie drewna, nadaje delikatnego połysku oraz zwiększa koloryt warstw farby. Na początek nakładamy wosk bezbarwny. Wosk barwiący będziemy nakładać trochę później. Przy tej ramie używałem akurat bezbarwnego wosku firmy Starwax oraz wosku barwiącego “Black Bison” Liberon’a. Pracujemy szmatką lub pędzlem. Każdą warstwę zostawiamy na kilka godzin do wyschnięcia, a następnie polerujemy flanelową lub bawełnianą szmatką. Powinniśmy użyć przy tym trochę siły, dość mocno dociskając. Zobaczycie efekt po paru chwilach – powierzchnia zacznie się delikatnie błyszczeć i z każdą chwilą piękniej wyglądać.
Ile warstw wosku trzeba nałożyć? Różnie. Zależy od drewna i efektu jaki chcemy osiągnąć, ale myślę, że minimum to 2 lub 3 warstwy.

Jak sama nazwa wskazuje, wosk barwiący barwi powierzchnię (dzięki zawartości pigmentów). Dzięki niemu możemy uzyskać, pożądany przez nas, efekt starej patyny. Nakładałem wosk okrągłym, szczecinowym pędzlem (mam swój stary, ulubiony) na całą powierzchnię, ale więcej w najgłębszych płaszczyznach, w rogach ramy. Tam zwykle przecież zbiera się bród, kurz i inne osady, które z biegiem lat tworzą naturalną patynę.

 

 

Podczas nakładaniu wosku, jego nadmiar zbieramy szmatką. Ja zwykle nakładam kilka warstw wosku barwiącego. Traktuję go trochę, jak kolejną warstwę farby – czasem po prostu potrzeba jeszcze jednego pociągnięcia pędzlem. Tak było również przy pracy nad tą ramą. Pamiętajcie, w stylu vintage – malujemy, przecieramy i woskujemy, tyle razy ile chcemy, do uzyskania pożądanego efektu. 

Oto mój efekt końcowy.

 

Więcej zdjęć zobaczycie w kolejnym wpisie. Zapraszam.

3 Replies to “Jak to się robi?”

  1. Brawo!
    Mója ulubiona patyna z Liberona

  2. Bardzo ładnie, także lubię efekty vintage na drewnie.. w odcieniach złoto-niebieskich 😉

    1. Dziękuję.

Dodaj komentarz