Franek mówi, że to był dobry rok

Za oknami paskudnie. Zimno, pada, słońca nie widać, wiszą “ciemne, skłębione zasłony”. Dlatego po kolejnej zmalowanej ramie z radością zasiadamy na kanapie, by włączyć następny odcinek “Rodziny Soprano”. Kto oglądał wie, że to absolutnie genialny serial. Nie ma to tamto.
Kto oglądał i w dodatku słuchał wie, że te kilkadziesiąt odcinków jest prawdziwą kopalnią fantastycznych piosenek. Każda świetnie uzupełnia akcję serialu. 

Ale dzisiaj skupię się jednej. Za to jakiej!

Pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu otwiera montażowy skrót – widzimy głównych bohaterów w ciągu roku od zakończenia pierwszego sezonu. Ilustracją do tych scen jest “It Was a Very Good Year” w wykonaniu wielkiego Franka Sinatry.

Posłuchajcie i popatrzcie (uwaga – zawiera tzw. momenty, więc tylko dla dorosłych):

Coś cudownego prawda?
Piosenka została skomponowana w 1961 roku przez pana Ervina Drake’a. W 1965 sięgnął po nią Sinatra i umieścił na albumie “September of My Years”. Natomiast niesamowity aranż (ach te smyczki!) jest dziełem Gordona Jenkinsa. Każdy z panów za swoją “działkę” zgarnął po nagrodzie Grammy. Nagrody nagrodami, ale… oh Marone! (jak mawiają bohaterowie filmu) – cóż to jest za numer!
Mnie pierwsze dźwięki klarnetu i harfy przypominają jakąś bajkę Disneya. Mam wrażenie, że zaraz nadlecą wróżki i elfy delikatnie trzepocząc skrzydełkami. A to jest przecież poważna pieśń dojrzałego faceta, który z nostalgią spogląda w przeszłość.
No właśnie. Słuchając mamy wrażenie przejmującego smutku. Te piękne, rzewne smyczki (podobno gra tutaj aż dziewięciu skrzypków) budują cały nastrój utworu. Raz są delikatne, ledwo słyszalne, by za moment grzmieć całą parą. Raz się chowają, pozwalają klarnetowi wyjść do przodu i za chwilę znowu – jak po trzeciej zwrotce – lecą jak wodospad, rwąca rzeka. Dramaturgia niczym w scenie z dobrego thrillera.
I właśnie ta bogata, dramatyczna aranżacja kontrastuje z tekstem, w którym Frank śpiewa, że mimo upływu dekad, mimo że nie ma już 17 lat, ani 21, ani nawet 35, to jednak wspomnienia ma dobre. To były dobre lata. I teraz, w jesieni życia (w 1965 roku Sinatra kończył 50 lat), robiąc być może pierwszy bilans, myśli o swoim życiu jak o starym, dobrym winie (winie z dobrego rocznika).
“And now I think of my life as vintage wine” – no właśnie, życzę sobie i Wam, abyśmy mogli tak samo mówić o swoim życiu w każdej jego chwili.

Dodaj komentarz