Co tak stoicie? Chodźcie się przytulić.

 

Czekamy z Jutą na tramwaj. Nadjeżdża tak załadowany, że nie ma szans byśmy się zmieścili. Odjeżdża więc bez nas, odsłaniając kamienice znajdujące się po drugiej stronie ulicy. Wśród nich jest malutka kawiarnia. “Chodź, wejdziemy na kawkę” – mówię. W kawiarni pusto, tylko wyjątkowo wysoki sprzedawca za ladą. Wchodzimy dalej. Rozglądam się, gdzie by tu usiąść. W kącie, nad jakimiś papierami, siedzi starszy facet. Długie włosy ma zgarnięte do góry damską opaską. Podnosi na nas wzrok. To Ozzy Osbourne! Patrzymy po sobie z niedowierzaniem. Patrzymy pytająco na faceta za ladą. Ten uśmiecha się i kiwa potakująco głową. Ozzy wstaje i rozkłada ramiona. “Co tak stoicie? Chodźcie się przytulić.” Rzucamy się w jego objęcia. Budzę się.

 

 

Piękny sen, prawda? Szczególnie dla wielkiego fana.

Kiedy i gdzie usłyszałem Black Sabbath lub Ozzy’ego solo po raz pierwszy? Zupełnie nie pamiętam. Wiem natomiast, że od zawsze kochałem tę muzykę i tego słodkiego wariata.

Pamiętam różne, drobne epizody z bardzo wczesnej, mej młodości.
Wujek Maciek, który miał imponującą kolekcję płyt winylowych, znając mą miłość do Sabbathów, podarował mi kiedyś piękne, niemieckie wydanie „Paranoid”. Nie wiem ile razy ta płyta kręciła się na mym gramofonie. Na pewno kilkaset. Z resztą kto w tamtych czasach nie próbował uczyć się „Paranoid” lub „Iron Man” na gitarze?

Pamiętam, że będąc na wycieczce w ZSRR, w 1987 roku, rodzice za moją natrętną namową, zakupili mi naprasowankę z okładką płyty „Ultimate Sin” Ozzy’ego. Szpanowałem potem dumnie na podwórku.

Pamiętam, że kiedy powstała jedna z pierwszych w Radomiu tzw. przegrywalni kaset (czyli miejsc, do których można było przyjść ze swoją kastą magnetofonową i nagrać sobie coś z katalogu), pierwszą płytą jaką sobie tam nagrałem, była koncertowa „Tribute” z 1987 roku, poświęcona przez Ozzy’ego swemu tragicznie zmarłemu gitarzyście i przyjacielowi Randy’emu Rhoads’owi. Po 33 latach, jest to dla mnie, nadal jedna z najlepszych koncertówek w dziejach rocka.

Ileż razy rysowałem jego charakterystyczne logo? Ile plakatów wisiało w moim pokoju? Ile razy, z biciem serca, wkładałem nową płytę do odtwarzacza? Ile razy czytałem, genialną autobiografię?

I tak dalej i tak dalej… mijają lata, a Ozzy towarzyszy mi przez całe życie.

 

 

Parę lat temu dowiedziałem się, że istnieje możliwość zdobycia autografu Księcia Ciemności drogą korespondencyjną. Napisałem więc pełen uwielbienia list. Po paru tygodniach w skrzynce znalazłem kopertę z podpisanym zdjęciem – marzenie fana spełnione! Wisi w domu, na honorowym miejscu 😉

 

 

Zwykle nie miewam snów, lub nie pamiętam ich po przebudzeniu. Dlatego mam nadzieję, że Książę Ciemności nawiedzi mnie jeszcze kiedyś we śnie 😉

Dodaj komentarz