50 lat minęło…

50 lat minęło. Tak, bo dzisiaj (13 lutego 2020 roku) przypada właśnie 50 rocznica wydania debiutanckiego albumu Black Sabbath. Zespołu dla mnie szczególnie ważnego.
Mógłbym z tej okazji napisać o tych wszystkich rzeczach, o których napisano przez minione 50 lat wiele razy. O których, z okazji rocznicy, znów napiszą największe światowe media muzyczne. Przez  lata uzbierało się tego bardzo dużo: czterech biednych gnojków z Birmingham, ucięte opuszki palców Tony’ego, nazwa zespołu zaczerpnięta z horroru akurat wyświetlanego w kinach, tryton, czyli diabelski interwał w tytułowej piosence, ekscesy z używkami, a w końcu wpływ zespołu na rozwój heavy metalu i muzyki rockowej w ogóle. Mógłbym, ale po co?
Dlatego pozwólcie, że ten wpis będzie po prostu hołdem złożonym muzyce zawartej na tym krążku. I o emocjach, jakie debiutancka płyta nadal wywołuje.

Album i jednocześnie tytułowa piosenka zaczyna się odgłosem padającego deszczu i bijącego w oddali kościelnego dzwonu. Walą pioruny. Jednym słowem – nie za wesoło, nieprzyjemnie. Teraz spójrzcie na okładkę. Jakaś kobieta, w czarnej szacie stoi wśród jesiennych, bezlistnych drzew. W tle stary, opuszczony młyn. Kim może być ta panna? Po co tam stoi? Może to wiedźma? Teraz wchodzą instrumenty. Ciężki, powolny riff, mocny bas i perkusja. Nadal słychać bijący dzwon. Ale klimat! Wyobraźcie to sobie. Jesteście gdzieś tam, na brytyjskiej prowincji, powiedzmy 300 lat temu. Jest ciemno i pada. Dyliżans odjechał. Do gospody daleko. Fajnie? A teraz wchodzi on, czyli kochany Ozzy. Zaczyna swym posępnym, opętanym głosem śpiewać: „Co to jest? Coś stoi przede mną. Postać w czerni wskazuje na mnie. Odwracam się i zaczynam biec”. Normalnie scena z horroru!
Słyszałem to tysiące razy, a za każdym razem działa na wyobraźnię.

Dalej też jest pięknie. Ciężko jak cholera, ale pięknie. No i bluesowo. Tak mili Państwo. To jest wszystko oparte na bluesie. Zagranym po nowemu, mocniej niż kiedykolwiek, ale bluesie. Bo właśnie blues-rockowe były wcześniejsze wcielenia Black Sabbath, czyli Rare Bread, The Polka Tulk Blues Band, Mythology, Earth.
Zresztą w autobiografii Ozzy pisze: „Uważaliśmy się za zwykłą bluesową kapelę, która postanowiła pobawić się trochę mrocznym graniem”.

W „The Wizard” Ozzy gra świetną partię na harmonijce ustnej, ale prawdziwym brylantem są genialne, rozdrgane bębny Billa Warda. Głowa sama chodzi, a nóżka sama tupie. Pamiętajcie: „Czarodziej nigdy się nie odzywa, tylko wędruje, szerząc swe czary”. To oczywiście odnosi się do poczciwego Gandalfa, bo basista i tekściarz Geezer Butler jest wielkim fanem Tolkiena.
Kolejny numer poetycko nazywa się „Za ścianą snu”, nie bez przyczyny, bo inspirowany jest opowiadaniem H.P. Lovecrafta. Potem dostajemy jeden z najbardziej rozpoznawalnych w muzyce rockowej basowych wstępów. Tak zaczyna się „N.I.B.”, czyli piosenka o zakochanym diable. „My name is Lucifer please take my hand!”. Ciekawe zwolnienia tempa, a za moment fantastyczny groove i ciężar. Cudo! Ach, co się zwykle dzieje na koncertach, przy tym kawałku!
Następnie mamy oczywiście mocniejszą, ale bardzo przebojową wersję „Evil Woman” grupy Crow. A za chwilę przenosimy się do „Śpiącej wioski”. Przepiękny balladowy wstęp na gitarze akustycznej i drumli, złowieszczy śpiew Ozzy’ego. Chwila ciszy i wchodzi Iommi ze swoją gitarą w instrumentalnej części, a w zasadzie trzech różnych częściach tego utworu. Ależ tu się dzieje!
I tak wśród gitarowych popisów przechodzimy do ostatniego utworu na płycie – „The Warning”. To ponad 10-minutowa, progresywna, mocno improwizowana wersja utworu, raczej nieznanej u nas kapeli The Aynsley Dunbar Retaliation. Świetne pole do popisów instrumentalnych wszystkich muzyków.

Legenda głosi, że zespół nagrał ten album w ciągu 12-godzinnej sesji, 16 października 1969 roku. Być może tak krótki czas miał wpływ na to genialne brzmienie, które udało się uchwycić. Instrumenty brzmią mocno, ale selektywnie, każdy odpowiednio dla swojej roli. No i ten głos! Nikt dotąd nie śpiewał w ten sposób. Na płycie słychać świeżość, energię i szczerość przekazu. Po prostu prawdziwa radość z grania. I prawdziwa radość słuchania… nawet po 50 latach.

Dodaj komentarz